W powszechnej świadomości, o czym świadczą sondaże, "in vitro" jest oceniane pozytywnie, gdyż postrzegane jest jako metoda życiodajna, dzięki której rodzą się ludzie i jest to jedyny sposób na narodziny wytęsknionego potomka. Podkreśla się, że zaspakaja "prawo do dziecka" bezpłodnych rodziców, nawet traktuje się je jako panaceum na kryzys demograficzny. W potocznej opinii poczęcie pozaustrojowe uznawane jest za jedyną metodę leczenia bezpłodności.

Szacuje się, że od czasu, gdy w Wielkiej Brytanii w 1978 r. urodziło się pierwsze dziecko z probówki (w Polsce w 1987 r.), dziś jest już 3,5-5 mln osób, które przyszło na świat w efekcie metody zapłodnienia pozaustrojowego. Nie wspomina się jednak, ilu ludzi okupiło ten sukces swoim istnieniem, gdyż od początku stosowania tej metody wiadomo, że jedynie jeden na około 20 embrionów, otrzymanych w probówce, ma szansę przeżycia i doczekania narodzin po wszczepieniu w organizm matki. Potwierdza to raport, opracowany w 2010 r. dla Ministerstwa Zdrowia Republiki Włoskiej, będący próbą odpowiedzi na pytanie jak działa uchwalona w 2004 r. w tym kraju ustawa o in vitro. W roku 2007 na ponad 71 tys. zarodków przeniesionych z probówki do narządów rodnych kobiet, przeżyło zaledwie 6 tys. Z raportu wynika, iż na 58 tys. 869 ludzkich zarodków poczętych metodą in vitro w 2005 roku narodziło się jedynie 3 tys. 385. W 2007 roku na 7 tys. 854 ciąż uzyskanych w wyniku in vitro doszło do 1 tys. 552 poronień.

Życie ludzkie - i naukowcy zgadzają się z tym faktem bezwyjątkowo - zaczyna się w chwili, gdy połowa genomu pochodząca od matki i połowa genomu ojca łączą się w całość. W efekcie powstaje embrion - niepowtarzalny i jedyny, unikalny zapis dotyczący człowieka. Tymczasem metoda poczęcia z probówki, w której istnieje konieczność "nadprodukcji" embrionów, gdyż wszczepienie większej ich ilości daje większą pewność powodzenia zabiegu, prowadzi do tego, że 60-80 proc. z tych niepowtarzalnych istnień ginie. Choć celem zapłodnienia pozaustrojowego jest przyczynienie się do narodzin, życie to paradoksalnie okupione jest śmiercią wielokrotnie większej liczby ludzi. Jest to fakt, którego naukowcy nie są w stanie zakwestionować.

Powodem śmierci embrionów jest także tzw. kriokonserwacja, czyli zamrożenie w temperaturze -195 stopni C i przechowanie zarodków przed implantowaniem ich do narządów rodnych kobiety. Statystyki pokazują, że 40-60 proc. z nich umiera przed lub po zamrożeniu. Pojawia się też problem - jaki ma być dalszy los zamrożonych embrionów, które nie zostały wszczepione w organizm kobiety? Jak długo ma być przechowywany w klinikach, czy może być adoptowany przez inne pary, a może po prostu zniszczony? Wiadomo też, że maksymalny okres "zdatności" zamrożonego ludzkiego zarodka to ok. pięć lat.

O skali problemu świadczy fakt, że na przestrzeni 14 lat w brytyjskich klinikach w trakcie pozaustrojowego zapłodnienia uzyskano ponad 2 mln zarodków. Jak wynika z informacji opublikowanej przez tamtejszy Departament Zdrowia, w 2008 r. połowa z nich - czyli milion - została zniszczona. Skala zjawiska wywołała dyskusję nawet wśród liberalnie nastawionych lekarzy i polityków, bowiem od czasów II wojny światowej nie było tak masowego unicestwienia tak wielkiej liczby ludzkich istnień.

W Polsce los zarodków nadliczbowych dotychczas w ogóle nie został uregulowany - kilka projektów ustaw utknęło w Sejmie. W praktyce embriony są przechowywane, niszczone, przekazywane rodzicom po zabiegu lub do adopcji przez inne bezpłodne pary.

Złudzeniem jest także wiara w skuteczność in vitro. Zdaniem prof. Waldemara Kuczyńskiego, prezesa Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego, skuteczność przeprowadzanych ok. 9 tys. zabiegów rocznie w Polsce wynosi 30-40 proc, ale są szacunku mówiące o 10-procentowej skuteczności tej procedury.

Metodzie tej towarzyszy całkowicie już świadoma aborcja eugeniczna. Lekarz, przeprowadzający zabieg in vitro, dokonuje diagnozy przedimplantacyjnej, która polega na eliminacji słabszych embrionów, ale także obciążonych wadami genetycznymi, utworzonych drogą in vitro przed ich wszczepieniem.

Lekarze są zdania, że selekcja genetyczna dokonująca się podczas takiej procedury jest o wiele bardziej brutalna i arbitralna niż "selekcja" w łonie matki, która jest procesem niezwykle precyzyjnym i rozłożonym w czasie. Praktyka pokazuje, że selekcja zarodków, dokonywana w laboratoriach nie odnosi się jedynie do obciążenia embrionu chorobami czy niepełnosprawnością - służy ona również wyborowi określonej płci czy pożądanych przez parę, wymarzonych, cech przyszłego potomka. W Stanach Zjednoczonych rozwinął się handel materiałem genetycznym. Pragnącym poddać się sztucznemu zapłodnieniu osobom proponuje się plemniki i jajeczka pobrane od zdrowych, anonimowych dawców. W tym "towarze" można wybierać cechy przyszłego potomka, zaś w swoistym sklepie istnieją także najwyższe półki - leży na nich materiał genetyczny niebieskookich blond studentów i studentek Harvardu czy Yale.

Grupa podwyższonego ryzyka

Po latach stosowania metody zapłodnienia pozaustrojowego można już przeprowadzić badania wpływu zastosowania metody in vitro na zdrowie osób, przychodzących na świat dzięki jej zastosowaniu.

W Polsce mało kto uświadamia sobie ten problem. Dowodem na to są badania z 2010 r., w trakcie których respondenci stwierdzali, że metoda ta jest niezawodna i bezpieczna, gdyż nie pociąga za sobą żadnych konsekwencji zdrowotnych dla kobiety (70 proc.), a aż 84 proc. było zdania, że procedura ta nie ma żadnych konsekwencji dla zdrowia dziecka. W ich opinii dzieci poczęte tą metodą nie są obciążone genetycznie, upośledzone, nie rozwijają się gorzej niż rówieśnicy poczęci metodą naturalną.

Tymczasem z opublikowanych w ubiegłym roku badań kanadyjskiej genetyk, specjalistki od zapłodnienia pozaustrojowego dr Rosanny Weksberg z Uniwersytetu w Toronto wynika, że prawdopodobieństwo występowania schorzeń genetycznych u dzieci urodzonych w wyniku zapłodnienia pozaustrojowego jest dziesięciokrotnie większe niż u ich rówieśników.

Uczona zaapelowała do swoich kolegów - medyków aby poddali wnikliwej analizie dane nt. dzieci urodzonych tą metodą, gdyż z jej badań wynika, że dzieci te częściej leczy się na rzadkie schorzenia medyczne takie jak: zespół Beckwith-Wiedemanna i zespół Angelmana.

Syndrom Beckwith-Wiedemanna zdarza się raz na 1,3 tys. dzieci urodzonych w wyniku procedury in vitro. Tymczasem w ogólnej populacji dochodzi do jednego zachorowania na 13 tys. osób. Schorzenie to objawia się nieproporcjonalną wielkością kończyn, rozszczepem języka i wysokim ryzykiem zachorowania na raka nerki.

Z kolei zespół Angelmana zdarza się u jednego na 1,5 tys. dzieci z zapłodnienia pozaustrojowego, to znaczy dziesięciokrotnie częściej niż u pozostałej populacji. Choroba objawia się poważnym upośledzeniem umysłowym i zaburzeniem mowy. Dr Weksberg jest też zdania, że u dzieci poczętych metodą in vitro istnieje większe prawdopodobieństwo niskiej masy w momencie urodzenia oraz autyzmu.

Ordynator Oddziału Neonatologii Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Płocku dr Hanna Duda stwierdza, że stosowanie metody in vitro ma poważne konsekwencje dla kobiety, a także dziecka. Ciąża, która jest wynikiem in vitro jest ciążą podwyższonego ryzyka. Często jest to ciąża mnoga, często też dochodzi do samoistnych poronień, istnieje ryzyko obumarcia płodu, wcześniactwa, mózgowego porażenia dziecięcego, łożyska przodującego, ciąży pozamacicznej.

Specjaliści zwracają też uwagę na procedurę hyperstymulacji hormonalnej, której musi się poddać kobieta w celu uzyskania komórki jajowej. Jej organizm jest wówczas w stanie odbiegającym od normy fizjologicznej i jest to swoiste testowanie skrajnych możliwości wytrzymałości ludzkiego organizmu, gdyż musi przyjąć potężne dawki hormonów, a co się z tym wiąże - ponieść konsekwencje takiej procedury. Przyszli rodzice zazwyczaj nie wnikają w aspekt zdrowotny tej metody, a także w jej koszty psychiczne - stres z nią związany, depresje i stany lękowe, które jej towarzyszą - oni czekają na wszczepienie embrionu i donoszenie ciąży do czasu porodu, realizacja ich pragnienia jest najważniejsza.

Sprzeczna z ekologią, destabilizuje społeczeństwo

Poza ogromnym ryzykiem, jakie niesie ze sobą metoda in vitro dla zdrowia matki i dziecka, ma ona jeszcze jeden skrajnie negatywny aspekt. Niepowtarzalna istota ludzka powstaje nie w wyniku naturalnego aktu miłości, spajającego jedyną w swoim rodzaju więź mężczyzny i kobiety. Dziecko rodzi się w oderwaniu od intymnej relacji małżeńskiej, początki życia pozbawione są kontekstu rodzinnego, aktu, który wyraża wzajemną miłość kobiety i mężczyzny.

Zwraca na to uwagę 100 polskich naukowców, którzy w 2009 r. zaapelowali o wprowadzenie ustawowego zakazu zapłodnienia pozaustrojowego (później dołączyło do nich kolejnych 200 specjalistów). Piszą oni, że procedura ta jest sprzeczna z ekologią prokreacji, zastępuje naturalne środowisko poczęcia i początkowego rozwoju człowieka, jakim jest łono matki.

Najbardziej intymny ludzki akt i najważniejszy, gdyż związany z przekazywaniem życia, zostaje oddany w ręce osób trzecich, nad którymi nie ma żadnej kontroli. Jest to precedens w historii ludzkości i jego skutki wciąż są nie do przewidzenia.

In vitro daje też nieograniczoną władzę jednego człowieka nad innym, absolutnie bezbronnym człowiekiem. Dawcy "materiału genetycznego" oraz specjalista w laboratorium mogą decydować o jego życiu lub śmierci, może być wybierana jego płeć lub konkretne cechy. Naturalna i oczywista chęć posiadania dziecka nie może usprawiedliwiać niszczenia embrionów, potrzeba ojcostwa i macierzyństwa nie może odbywać się za wszelką cenę.

Ale zapłodnienie pozaustrojowe niesie ze sobą inne konsekwencje społeczne. Są dwa rodzaje zapłodnienia in vitro - homologiczne - gdy gamety pochodzą od matki i ojca - potencjalnych rodziców. Ale gdy któraś ze stron nie jest zdolna wytworzyć gamety, parze proponuje się pobranie komórki jajowej lub męskiej - z banku spermy. Powstaje problem ojcostwa: kto naprawdę jest ojcem dziecka - dawca materiału genetycznego - czy partner matki, która dziecko urodziła. Dorosłe dzieci zadają tego typu pytania i zaczynają szukać biologicznych ojców. W Wielkiej Brytanii, która zaczęła stosować metodę in vitro najwcześniej, dzieci z zapłodnień heterologicznych już dorosły i tworzą dziś stowarzyszenia poszukujące swoich biologicznych rodziców. To w tym kraju żyje 600 potomków dr Bertolda Wiesnera, kierującego pierwszą kliniką płodności w Londynie, który we wczesnych latach stosowania tej metody, gdy nie była rozpowszechniona i brakowało chętnych dawców spermy, zapładniał komórki jajowe pacjentek własnym nasieniem.

Powyższe fakty świadczą, że zapłodnienie pozaustrojowe prowadzi do nadużyć i chaosu etycznego, osłabia struktury społeczeństwa i rodziny.

O czym się nie mówi

Entuzjaści in vitro nie wspominają o innych negatywnych zjawiskach, które występują równolegle do tego zjawiska. Bezpłodność, która występuje masowo we współczesnym świecie (szacuje się, że w Polsce problem dotyka 1,5-2 mln osób), bardzo często jest efektem długotrwałego zwalczania płodności, stosowania zwłaszcza hormonalnych środków antykoncepcyjnych. Takie działania nie pozostają bez śladu dla organizmu, zwłaszcza kobiet.

Do powszechnej świadomości nie dochodzi także inna informacja. W społeczeństwach, dotkniętych kryzysem demograficznym, dokonuje się rocznie licznych aborcji. Szacuje się, że na świecie co roku likwiduje się ok. 60 mln ludzi przed ich narodzeniem. Przyczyną kryzysu demograficznego nie jest więc masowa bezpłodność, a masowe zabijanie nienarodzonych.

O skutkach roszczeniowej postawy pary rodzicielskiej mogą świadczyć inne zaskakujące statystyki. W 2010 r. brytyjskie media podały, że mieszkanki Wysp dokonują co roku 80 aborcji, w sytuacji, gdy ciąża była efektem zapłodnienia "in vitro". Media powoływały się na oficjalne dane publicznych placówek medycznych w Anglii, Walii i Szkocji. Decyzję o zabiciu nienarodzonego dziecka podejmowały te same matki, które wcześniej dążyły za wszelką cenę do zajścia w ciążę i korzystały z kosztownej metody zapłodnienia pozaustrojowego.

"Tych kobiet nie zaskoczyła ciąża, nie można zostać zapłodnionym metodą in vitro przez przypadek" - komentował prof. Bill Ledger, członek brytyjskiej Agencji ds. Zapłodnienia i Embriologii (HFEA) i szef wydziału medycyny reprodukcji i rozwoju w Sheffield University.

Inny temat, o którym się nie wspomina, to pieniądze. Tylko w Polsce, gdzie działa 35-50 klinik, stosujących metodę in vitro, szacuje się, że 8-10 tys. par, poddających się tej procedurze i która musi zapłacić między 12-20 tys. zł za zabieg, rocznie generuje 180 mln zł. A rynek ten wciąż się rozwija.

Leczyć bezpłodność!

Opinia publiczna jest też słabo poinformowana, że istnieje alternatywna metoda leczenia niepłodności. Tysiąc pracowników polskiej służby zdrowia w 2010 r. skierowało Apel do Parlamentarzystów w sprawie procedury "in vitro" i naprotechnologii. Piszą w nim, że metoda "in vitro" nie może być zaakceptowane przez pracowników służby zdrowia, którzy respektując kanon tradycyjnej przysięgi Hipokratesa służą życiu i zdrowiu każdego człowieka od chwili jego poczęcia.

Głęboko nieetycznej procedurze "in vitro" przeciwstawiają etyczną i efektywną metodę pomocy bezdzietnym małżeństwom. Piszą, że naprotechnologia stosowana jest z powodzeniem od wielu lat m.in. w USA i Irlandii i jest 2-3 razy bardziej skuteczna niż procedura "in vitro". Nie jest to metoda, która daje 100-procentową gwarancję powodzenia, podobnie jak metoda zapłodnienia pozaustrojowego. Ale jest ekologiczna, nie niszczy więzi międzyludzkich, nie wprowadza chaosu w struktury społeczne. I jest bez porównania tańsza do metody zapłodnienia w probówce.

Alina Petrowa - Wasilewicz

info za KAI